Logo Radio Łódź

Z Morskiego Oka pod Aleksandrów Łódzki. Poznajcie historię konia Edka

Natalia Lesisz ze Starego Adamowa pod Aleksandrowem Łódzkim kupiła konia, który przez większość swojego życia woził turystów do Morskiego Oka. Zwierzę było wychudzone, miało problemy z chodzeniem. Edek, bo tak nazywa się koń, przeszedł wielomiesięczną rehabilitację. Teraz przygotowuje się do zawodów jeździeckich.

(Fot. Piotr Krysztofiak)

Pani Natalia przyznaje że kiedy usłyszała, że koń woził turystów nie była zainteresowana jego kupnem.

- Zadzwoniłam na to ogłoszenie w lutym-marcu, ponieważ koń podobał mi się na zdjęciach. Zapytałam co koń robi? "W bryczce chodzi". Mówię dobrze, to chodził w Morskim Oku? - chodził. Podziękowałam i do widzenia. Trzy miesiące później pojechałam na majówkę do Krakowa i przypomniał mi się Edzio, że gdzieś tam stał. Znalazłam numer. Zadzwoniłam i pytam czy aktualne. Okazuje się, że tak. Nie nastawiałam się w ogóle, że ja tego konia kupię. Kiedy wyprowadzono go ze stajni, to była miłość od pierwszego wejrzenia. Już wiedziałam, że go wezmę. Miałam 15 minut na to, żeby na niego zerknąć, pogłaskać go. Zadzwoniłam do taty i mówię: "Chyba z koniem wrócę". Tata stwierdził, że chyba zwariowałam. Jego pierwsze pytanie też było, czy chodził w Morskim Oku.

Tata mówił: Wpędzisz się w wielkie koszty. Nie rób tego. Ten koń jest na pewno chory. Oni nie sprzedają zdrowych koni, to nie ma sensu, a leczenie jest bardzo drogie. 

Było po nim widać trudy pracy. Przede wszystkim zanik mięśni zadu. Negocjowałam cenę przez trzy godziny, bo widziałam, że może być coś nie tak. Widać było po nim zmęczenie. Zadzwoniłam do 15 weterynarzy z tamtych okolic i prosiłam każdego, żeby przyjechał, mówiłam że zapłacę dwa razy więcej niż trzeba, tylko chcę sprawdzić, czy ja mogę mu dać szansę w ogóle. Każdy weterynarz odpowiadał, że nie ma czasu i że chyba zwariowałam. Mówili, że oni zdrowych koni nie sprzedają i żeby go nie kupować. Nie żałuj. Wracaliśmy z nim 9 godzin. W transporcie był bardzo grzeczny, do tego stopnia, że co godzinę się zatrzymywaliśmy, bo zastanawiałam, czy Edek nie dostał zawału. Nawet nie ruszał. Otwierałam drzwiczki na postojach i pytałam: "żyjesz czy nie żyjesz?".

Edek lubi marchewki, jabłka, buraki. Jakby dać mu kanapkę z pasztetem, też by zjadł. Trzeba uważać, bo to straszny łakomczuch. Mam nadzieję, że w następnym miesiącu się zdecydujemy i pojedziemy na zawody. Damy znać. Chciałabym, żeby ludzie przestali bać się kupować konie z Morskiego Oka.

Posłuchaj więcej:

Koronawirus - co musisz wiedzieć?

ZDJĘCIA, NAGRANIA WIDEO, WIĘCEJ INFORMACJI Z ŁODZI I REGIONU 
ZNAJDZIESZ W DZIALE "WIADOMOŚCI". KLIKNIJ I DOWIEDZ SIĘ WIĘCEJ.

Uwaga! Nasze strony wykorzystują pliki cookies. Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach statystycznych i reklamowych. Mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W programie służącym do obsługi internetu (przeglądarce internetowej) można zmienić ustawienia dotyczące plików cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
Zgadzam się z polityką