Logo Radio Łódź

Zabawa trwa… [PISZĘ, WIĘC JESTEM – JOANNA SIKORZANKA]

„Zobaczymy!” - to słowo kończyło mój ubiegłotygodniowy felieton noszący tytuł #czarnyhashtag. No i zobaczyliśmy tysiące kobiet z dużych i małych miast, które w deszczowy, chłodny dzień, 3 października, wyszły na ulice i place, by zamanifestować swój gniew i przeciwstawić się projektowi całkowitego zakazu aborcji.

(Fot. Antonio Litterio CC BY-SA 3.0)

Na FB pojawiły się bezpośrednie relacje z protestów w wielu miejscowościach w Polsce, towarzyszyły im zdjęcia na czarno ubranych dziewcząt i kobiet, a także chłopców i mężczyzn wspierających bunt. Swą solidarność manifestowali licealiści z Rawicza i Jeleniej Góry, uczniowie warszawskiego Reytana i żyrardowskiego Czerwoniaka, urzędniczki ze Świebodzina i żeńska sekcja hokeja na lodzie z KS Cracovia. Do tego dochodziły, pojawiające się lawinowo w sieci, wyrazy poparcia z Niemiec i Włoch, z Nowej Zelandii i Brukseli, z Australii i USA, było to krzepiące i wzruszające zarazem. Mniej wzruszające były natomiast reakcje niektórych naszych polityków i hierarchów, którzy dopatrywali się w proteście dzieła szatana i pouczali kobiety, że „trzeba zdawać sobie sprawę, komu się dawało”… Furorę zrobiła wypowiedź jednego z ministrów twierdzącego, iż „prawa kobiet nie są w Polsce zagrożone” i jego rewelacyjny bon-mot – „Niech się bawią”…

OK. Bawmy się zatem dalej.
Może w teatrze? Na spotkanie z Małgorzatą Rejmer, pisarką, autorką przejmującej opowieści o Rumunii – „Bukareszt. Kurz i krew” (Wyd. Czarne) zapraszają Kolektyw Szechiny i Mała Literacka Teatru Nowego. Rzecz będzie o czasach dyktatury Ceausescu i jego słynnym Dekrecie nr 770 z 1966 roku, na mocy którego dokonywanie aborcji było karane więzieniem.
„Prawo do antykoncepcji i aborcji mają tylko te kobiety, które wywiązały się z patriotycznego obowiązku i urodziły przynajmniej czworo dzieci. Albo skończyły czterdzieści lat…” – czytamy w książce. Ojciec Narodu pragnął, by Rumunia stała się światową potęgą i by w 2000 roku urodził się 25-milionowy obywatel. „Brakuje jeszcze sześciu milionów” – czytamy dalej – „dlatego obywatelki muszą brać się do roboty. Będzie im łatwiej, bo ze sklepów znikają prezerwatywy. Czasem można jeszcze kupić spod lady globulki z chininą, które pieką tak bardzo, że bardziej przypominają środek żrący niż antykoncepcyjny. Edukacja seksualna nie istnieje, mało która matka potrafi rozmawiać z córką o zapobieganiu ciąży. Koleżanki szepczą sobie na ucho: "Wlej do środka wrzącą mamałygę", "Skacz na jednej nodze", "Biegaj po schodach"…

Ktoś powie, że jednak Polska to nie Rumunia i że czasy już się zmieniły. Ale czy naprawdę? Posłuchajmy opowieści trzydziestokilkuletniej Polki, Alicji. W 2000 roku kobieta zaszła w ciążę, która - według prowadzącego ją lekarza - stanowiła bezpośrednie zagrożenie życia. „Pismo przedstawiłam w szpitalu rejonowym i poprosiłam o aborcję” – słowa te znajdziemy w dokumentach zebranych przez Federację na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny – „Lekarz powiedział, że chyba żartuję […] Po powrocie do domu przez brzuch wstrzyknęłam sobie płyn do mycia szyb. Zemdlałam, dostałam torsji […] Nie poroniłam. To był tani płyn. Żałuję, że nie miałam na domestos. Zawiera chlor, jest bardziej żrący…” Czy tak bardzo różni się to od cytowanych przez Małgorzatę Rejmer opowieści Rumunek? „Kobiety wkładały do macicy wszystko, co było ostre. Wiadomo, robiły się rany, ale o to chodziło, żeby wywołać krwotok i żeby to się wreszcie wylało. Na wsi to się używało wrzeciona, drutów, szydełek, ale też korzenia chrzanu, łodyg jakichś roślin, dziurawca, lubczyku. Najlepszy był łopian, bo miał długą, twardą łodygę, stosowało się go do leczenia ran […] działał odkażająco i był jak nóż”… Alicja urodziła dziecko, zdrowe. Sama została inwalidką I grupy, nie jest zdolna do samodzielnego życia.

To może jeszcze jeden przykład z Rumunii? – „ Mój dobry kolega z podstawówki wychowywał się bez matki i nigdy o niej nie wspominał. Dopiero gdy mieliśmy już po dwadzieścia parę lat, a znaliśmy się przecież od dziecka, upił się ze mną i powiedział, że jego matka umarła z wykrwawienia, w szpitalu, bo nie chciała wydać człowieka, który przeprowadzał aborcję. Jego ojciec siedział przy jej łóżku i błagał ją, by powiedziała, bo jest z nią bardzo źle, bo umiera, a on nie da sobie rady z dzieckiem. Ale ona się zaparła. Powiedziała, że nie chce żyć w takim kraju…” Jak pisze Rejmer w ciągu dwudziestu kilku lat obowiązywania dekretu, z powodu powikłań po nieudanych, robionych pokątnie aborcjach, zmarło około 10 tysięcy kobiet. W 1989 roku umieralność matek w Rumunii była najwyższa w Europie. W tym samym roku Ojciec Narodu, Nicolae Ceausescu wraz z żoną Eleną został rozstrzelany. Świadkowie tamtych wydarzeń twierdzą, że rozlewu krwi nie dało się uniknąć.

Wiem, to mocne słowa. Dramatyczne. Tak jak to, co spotkało rumuńskie kobiety. Gdy w #czarnyponiedziałek czytałam pojawiające się na FB wpisy, natknęłam się i na taki – „czarny marsz – to boli”, napisała jedna z przeciwniczek protestu. Pomyślałam wtedy – musi boleć.
A gdy media przyniosły informację o tym, że Sejm odrzucił jednak projekt całkowicie zakazujący aborcji, pomyślałam – warto było. I zaraz potem – że to nie koniec zabawy. Dlatego zapraszam do Małej Literackiej Teatru Nowego w najbliższy wtorek, po 19,00 na „Kołyski i trumny”.

Uwaga! Nasze strony wykorzystują pliki cookies. Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach statystycznych i reklamowych. Mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W programie służącym do obsługi internetu (przeglądarce internetowej) można zmienić ustawienia dotyczące plików cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
Zgadzam się z polityką