Logo Radio Łódź

#czarnyhashtag [PISZĘ, WIĘC JESTEM – JOANNA SIKORZANKA]

Zawrzało. Skierowane do czytania w Sejmie dwa projekty ustaw poświęcone aborcji znów nas podzieliły i rozpaliły emocje. Pierwszy projekt, liberalizujący przepisy i dopuszczający prawo do aborcji do 12. tygodnia ciąży, przepadł. Drugi, zakazujący jej, również w przypadku zagrożenia zdrowia i życia kobiety, ciąży z gwałtu czy uszkodzenia płodu, a także przewidujący kary dla kobiet, które aborcji się poddały, skierowany został do dalszych prac. Facebook zapełnił się zdjęciami kobiet ubranych na czarno, ktoś zażartował nawet, że od czasów patriotycznych obrazów Artura Grottgera nie było takiej eksplozji czerni w Polsce.

Dziewczyny, te starsze i te młodsze, pojawiły się też w realu, w przestrzeni publicznej, manifestując swoje oburzenie związane z zaostrzaniem ustawy antyaborcyjnej. Protest przybiera bardzo różne formy, w jednych środowiskach spotyka się z poparciem, w innych z hejtem. Spróbujmy przyjrzeć się temu, co już się wydarzyło i co jeszcze przed nami.

"Szał macicy na ulicy" – pod takim hasłem Fundacja Feminoteka organizuje warsztaty, na których można nauczyć się dziergania i malowania. „Prząśniczki się wkurzyły” – piszą organizatorki projektu i zachęcają do tworzenia „rewolucyjnych elementów” przydatnych podczas manifestacji i pikiet.

Wczoraj przed Sejmem protestowano, bo – jak podkreśla Inicjatywa Polska – „Żarty Się Skończyły”, a dziś w różnych miejscach, także w Łodzi, odbywają się marsze w obronie praw kobiet. Ich organizatorami są „Dziewuchy Dziewuchom”, które z powstałej w kwietniu tego roku grupy dyskusyjnej zmieniły się w pospolite ruszenie i stały się rozpoznawalne. Mają wsparcie znanych kobiet, takich jak Juliette Binoche czy Milla Jovovich, a także wielu polityków z Parlamentu Europejskiego, którzy – z wieszakami w dłoniach – pozowali do zdjęć, chcąc pokazać, że solidaryzują się z nimi. Chyba nie muszę wyjaśniać, skąd wzięły się wieszaki???

Tak więc łódzkie „Dziewuchy Dziewuchom” maszerowały dzisiaj spod Centralu do placu Wolności, domagając się rzetelnej edukacji seksualnej w szkołach oraz ochrony praw i zdrowia polskich kobiet. Ciekawa jestem czy na marszu, w swoim mieście, pojawiła się Zosia Stocka, licealistka, autorka listu opublikowanego przez „Codziennik Feministyczny”?

„Boję się” – te słowa pojawiają się w jej liście bardzo często – „boję się, że zajdę w ciążę w wyniku gwałtu […] że będę musiała przez dziewięć miesięcy z obrzydzeniem patrzeć na swoje ciało. Przerwać naukę, zapomnieć o wszystkich swoich planach […] Boję się, że w razie poronienia zamiast wsparcia otrzymam wezwanie na komisariat. Boję się, że w razie zagrożenia mojego życia będę musiała umrzeć, bo zarodek okaże się ważniejszy ode mnie […] boję się, że jako zwolenniczka powszechnego dostępu do aborcji będę nazywana egoistką, morderczynią, feminazistką…”.

A jutro? „Polish women on strike!” – krzyczą nagłówki w zagranicznych mediach. Inspiracją do przeprowadzenia akcji w #czarnyponiedziałek stały się wydarzenia sprzed 41 lat, kiedy to kobiety w Islandii zorganizowały ogólnokrajowy protest. Miał on przypomnieć społeczeństwu, jak ważną rolę pełnią w nim kobiety i z jakimi problemami spotykają się na co dzień. Działaczki „Czerwonych Pończoch”, organizatorki przedsięwzięcia, zdołały zgromadzić w Reykjaviku 25 tysięcy kobiet, które tego dnia rzuciły swoje codzienne zajęcia w domu i zakładach pracy. Nieczynna była większość sklepów, zawieszono połączenia telefoniczne, co praktycznie unieruchomiło działalność wielu firm i funkcjonowanie rządu, w bankach gorączkowo poszukiwano kogoś do pracy w kasach, a ojcowie musieli zająć się dziećmi i gotowaniem. Media pisały potem o „sparaliżowaniu kraju”. Rok później parlament islandzki uchwalił nowe prawo, gwarantujące kobietom i mężczyznom równość, a pięć lat później na czele rządu stanęła pierwsza w historii kobieta.

No cóż, my już kobietę mamy…

Ale wracając do islandzkich doświadczeń – odwołały się do nich osoby, które wyszły z pomysłem, by powtórzyć to u nas, w Polsce, właśnie jutro. A więc kobiety biorą urlopy „na żądanie”, nie idą do szkoły czy na zajęcia na uczelni, zostawiają dzieci pod czyjąś opieką itd. Popiera tę formę działający w Sejmie komitet „Ratujmy kobiety”, w protest zaangażowała się aktorka Krystyna Janda, optuje za nim, związana z KOD, Marta Lempart. Kibicują paniom także panowie, FB pełen jest zapewnień w rodzaju – „Brawo kobitki! Popieram wasz protest, w zamian upiorę, ugotuję i pójdę z wnukami na spacer”, ale są też i wpisy odsądzające kobiety od czci i wiary. Powstają fejsbukowe wydarzenia w rodzaju – „Nie wysyłam córki do szkoły 3 października!”, pojawiają się ogłoszenia typu – „Heloł koleżanki akademiczki, włączacie się? Odwołuję zajęcia!”, niektórzy przedstawiciele władz dają wolną rękę pracującym w urzędach kobietom.

Czy ten poniedziałek będzie rzeczywiście „czarnym poniedziałkiem”? Czy ulice miast i miasteczek pełne będą ubranych na czarno kobiet, których zabraknie w pracy i w domu? Protest jest spontaniczny, nie przygotowywano go, nie było na to czasu, jak pokazuje jednak przygotowany przez Google Maps wykaz miejscowości biorących udział w akcji, chętnych jest naprawdę dużo, zwłaszcza w centrum kraju, na Śląsku i na Pomorzu. „To dowód na Waszą MOC” – pisze googlujący kartograf. A zaraz obok ktoś wątpi - „Nie zrobią tego, będą się bały, Polki wszystkiego się boją i to tylko umieją dobrze robić”…

ZOBACZYMY!

Uwaga! Nasze strony wykorzystują pliki cookies. Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach statystycznych i reklamowych. Mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W programie służącym do obsługi internetu (przeglądarce internetowej) można zmienić ustawienia dotyczące plików cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
Zgadzam się z polityką