Logo Radio Łódź

Lato z książką - dedykacje [PISZĘ, WIĘC JESTEM – JOANNA SIKORZANKA]

Na zakończenie naszego letniego cyklu poświęconego książkom, dedykacje. Zbierane przez lata. Przeróżne. Sięgam po nie ze wzruszeniem, przypominają mi ludzi, którzy nachylali się nad kartką, by skreślić parę słów.

(Fot. Antonio Litterio CC BY-SA 3.0)

Jest 1984 rok, Zdzisław Jaskuła, mój kolega z polonistyki, poeta, opozycjonista wydaje swój tomik poetycki „Maszyna do pisania”; oficjalnie, nie w wydawnictwie podziemnym. Spotykamy się na wieczorze autorskim, oboje nieco onieśmieleni – ja w charakterze początkującej dziennikarki, on udzielający wywiadu. Zastanawiałem się właśnie, co by tu jeszcze ocalić… - cytuje swój tytułowy wiersz, a potem wpisuje - Joasi, z zapewnieniem, że piszę lepiej, niż mówię… Obok jakieś gryzmoły – stawia przy nich strzałkę – autografy Jagusi (jego małej córeczki). Wciąż nie mogę uwierzyć, że Zdzisław odszedł. Nie mogę się z tym pogodzić.


Jest rok 1992, zbliża się kolejna rocznica wybuchu powstania w warszawskim getcie, telefonuję do Marka Edelmana, którego malutka książeczka „Getto walczy” została – jako reprint – wydana przez Łódzką Księgarnię Niezależną. Zgadza się na spotkanie – szaleję ze szczęścia! Przygotowuję się do spotkania, robię notatki i piskliwym z przejęcia głosem pytam siedzącego w fotelu i palącego papierosa Edelmana o to, co czuł, kiedy zaczęło się powstanie. Patrzy na mnie uważnie i mówi – dlaczego ty, dziecko, pytasz o uczucia, a nie o fakty? Potem jest już lepiej, odkładam kartkę z pytaniami, jestem sobą. A na koniec autor pisze w książce – Pani Joannie – jeśli się trochę do mnie rozczarowała, to przepraszam… Mój Boże!
Jest rok 1994, stoję na schodach w radiu i czekam na mojego rozmówcę, który ma przyjechać z Warszawy. Jest! Wbiega po dwa stopnie, emanuje jakąś niesamowita energią. Z uśmiechem wita się – Jacek. W studiu rozmawiamy o działalności łódzkiej fundacji zajmującej się maltretowanym dziećmi, wspiera ją. Po rozmowie wyciągam „zaczytany” egzemplarz „Gwiezdnego czasu”, jego książki wydanej kilka lat wcześniej w londyńskim Aneksie. To wspomnienia o latach, w których działacze opozycji przeobrażali Polskę. Opowieść o Komitecie Obrony Robotników, pisana z żarem, pasjonująca. Gdy proszę go o dedykację, kreśli tylko dwa słowa – Joasi – Jacek. I zbiega po schodach. Jacek Kuroń.


Jest rok 1997, październik, trochę wieje, już zapada zmrok, przed Poleskim Ośrodkiem Kultury parkuje radiowy samochód, z którego mam – na żywo – przeprowadzić rozmowę z Józefem Henem, autorem „Nowolipia”. Czekamy na pisarza, wreszcie jest! Usprawiedliwia swe spóźnienie tym, że nie mógł trafić… To prawda, trudno tu dotrzeć, gdy się nie jest łodzianinem. Czytam fragment „Nowolipia”, choć wiatr wyrywa z rąk książkę. Hen snuje wspomnienia i opowiada o kolejnej rzeczy, którą przygotowuje, o Tadeuszu Boyu-Żeleńskim. Na zakończenie pisze – Pani Joannie, po emocjonującej rozmowie… Chciałabym wierzyć, że to nie tylko zwrot grzecznościowy.


Jest rok 2000, z Julianem Baranowskim, historykiem z Archiwum Państwowego w Łodzi przemierzamy teren byłego getta. Ulica Rybna, Pawia, Ciesielska, Bazarowa, plac Kościelny, nie czuję nóg, ale chłonę wszystko z zainteresowaniem. Tu zakwaterowano radców dworu z Austrii – mówi – tu mieszkały siostry Franza Kafki, stąd przemawiał do zebranych na placu Chaim Rumkowski… Czuję, że getto ożywa w jego opowieści. Z zapisu naszych rozmów powstanie potem reportaż www.ślady, za który oboje otrzymamy I nagrodę w konkursie „Polska i świat”. Żegnamy się, jest już ciemno. W prezencie otrzymuję egzemplarz „Vademecum. Łódzkie getto”, którego jest autorem. Ze słowami – Pani Joannie, na pamiątkę naszej wędrówki…


Jest rok 2007, z Jerzym Jarniewiczem spotykamy się w radiowym studiu, by porozmawiać o jego wydanej właśnie książce o Philipie Larkinie. Cytujemy wiersze – po polsku i po angielsku. Mój interlokutor, jak zwykle, czaruje słowem. Uwodzi. Na koniec napisze małymi literami u dołu strony – Joannie, dziękując za rozmowę przy wysokich oknach… A ja, do dziś, powtarzam uparcie frazę z wiersza Larkina – The sun-comprehending glass… - szkło, co pojmuje słońce / a za szkłem, głębia błękitu, która mówi / o niczym, i jest nigdzie, i jest bez końca… - w przekładzie Jurka.
Jest rok 2011, prowadzę „Podróże literackie”, podczas których Maciej Świerkocki, tłumacz, prezentuje powieść Jacka Kerouaca „Big Sur”. Książka, opowiadająca o kalifornijskiej bohemie, po raz pierwszy wydana została po polsku. Podróż, nuda, załamanie nerwowe, rozpacz, strach przed starością, daremne szukanie niemożliwego – wszystko tu jest. Poemat zamykający całość – fantastycznie przetłumaczony przez Maćka – obezwładniający. Parle, O, parle, mer, parle / Morze mów do mnie, mów… I dedykacja dla mnie, jedna z najpiękniejszych, jakie otrzymałam – Joasiu, obyśmy zawsze wracali cało z podróży do naszych Big Sur – Maciek.


Jest rok 2015, do łódzkiego Domu Kultury przyjeżdża Marek Bieńczyk, autor zbioru esejów „Jabłko Olgi, stopy Dawida”. Bardzo lubię go czytać, uwielbiam słuchać. Mówi „moim językiem”. Wzruszają mnie jego słowa – Byłam dziewczyną, byłam późną godziną, strużką deszczu na asfalcie… Po spotkaniu podchodzę do autora i mówię, jak bardzo podoba mi się jego widzenie świata. I dodaję, że ten świat byłby niewiele wart bez jego książek. W zamian otrzymuję słowa – Drogiej Pani Joannie z przyjaźnią „Jabłko Olgi, stopy Dawida” serce Bieńczyka.
Dedykacje – serca książek.

Uwaga! Nasze strony wykorzystują pliki cookies. Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach statystycznych i reklamowych. Mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W programie służącym do obsługi internetu (przeglądarce internetowej) można zmienić ustawienia dotyczące plików cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
Zgadzam się z polityką