Logo Radio Łódź

Reksio - felieton Saszy Tomaszewskiego [24.01.2014]

Wiadomo, że jak ma się psa, to trzeba z nim wychodzić na spacery i nie ma, że boli. Jesteś w środku super dżampy, zabalowałeś z jakąś fajną lalunią, a twój pupil jest niewyprowadzony? Sorry, ale spadasz na chatę. Pies też człowiek, musi się załatwić i przewietrzyć.

(Fot. archiwum Saszy)

Po dużej ilości godzin spędzonych w pracy i przyswojeniu sporych ilości mocnych idei w trakcie rozmów z kolegami wróciłem w piękną, wiosenną noc na łono domowego ogniska. Błędem było to, że zapiąłem smycz swojemu psu zanim wyszliśmy z bloku. Takim samym błędem byłoby włożenie odpalonego dynamitu w spodnie, więc na parterze znalazłem się szybciej, niż zdołałem pomyśleć.

Rozcięta, krwawiąca broda, opuszki palców zdarte do mięsa, poobijane kolana i zbite żebra. Jak wspomniałem idee przyswojone przeze mnie wcześniej, trzymały na tyle mocno, że nie odczułem bólu, jedynie szok, że wszystko potoczyło się tak szybko, a mój pies litościwie zatrzymał się na chwilę i polizał mi twarz, może w ramach przeprosin, może w ramach zachęcenia do kontynuowania spaceru, na którym to pozwoliłem sobie na zapalenie jeszcze kilku papierosów. Piekło zaczęło się następnego dnia.

Kiedy ma się świeżo zbite żeberka kwestia kichnięcia lub kaszlnięcia urasta do rangi rozwiązania problemu głodu w Afryce. Oddychanie również nie przychodzi z łatwością. Człowiek czuje się, jak ryba wyrzucona na brzeg i uświadamia sobie, jak bardzo czynność, na którą nie zwraca w ogóle uwagi jest istotna, żeby nie powiedzieć prymarna. Z poruszaniem się jest również kiepsko.

Magda wzywa pogotowie, które o dziwo przyjeżdża po 20 minutach. Dostaję rozkurczowy zastrzyk, przeciwbólowe tablety i radę, żebym zrobił prześwietlenie żeber i bebechów. Oczywiście szpital, w którym mogę to zrobić znajduje się na drugim końcu miasta, więc znów jestem w pełni szczęśliwy.

W szpitalnej poczekalni kilka osób, więc myślę że sprawa pójdzie szybko. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, jak bardzo się myliłem. Ale nie uprzedzajmy faktów.

Na końcu korytarza siedzi zgarbiony koleś, z mocną poturbowaną głową zawiniętą w bandaże i plastry, wyglądający niczym faraon czekający na zabalsamowanie. Z drzwi jednej z sal przyległych do korytarza wyłania się mała, starsza, zasuszona pani, która pragnie wody i przeniesienia jej na oddział, gdzie ponoć leży jej szwagier, w co oczywiście nikt nie wierzy. Nawet chyba ona sama. Z innych drzwi pojawia się na wózku starszy, potężny jegomość ubrany jedynie w spodnie dresowe krzyczący "Dajcie babci pić!". Po jego tatuażach wnoszę, że w latach 70- tych mógłbyć niezłym rozrabiaką, czyli git- człowiekiem.

Lekarz zgarnia babcię z powrotem do łóżka, ale ona nie daje za wygraną. Za każdym razem wraca jak bumerang. W końcu razem z łóżkiem przenoszą ją na korytarz, co również nie pomaga. Kiedy tylko ma możliwość schodzi z łóżka i przypadkowych uczestników całego zajścia prosi ciągle o to samo i za każdym razem czy to przez lekarza, czy pielęgniarki jest do tego łóżka kładziona. Mantrująca babcia.

Mijają godziny, a ja czekam na prześwietlenia, których nie mogę się doczekać. Podjeżdża karetka, z której sanituriusze wwożą gościa wyglądającego jakby spadł z najwyższego piętra Pałacu Kultury. "Co mu się stało?"- pyta pielęgniarka, "Eee, komar go ugryzł"- odpowiada sanitariusz. Po tych słowach nasz obolały i nie do końca trzeźwy podrywa głowę krzycząc "Co to jest?! Jak mnie traktujecie?! Co to jest, szpital, czy...?!" No właśnie.

"Co się panu stało?"- pyta strapiona pielęgniarka. "Straż miejska mnie pobiła"- odpowiada nasz spadachroniarz bez spadochronu. "Ale dlaczego?", "Bo im powiedziałem prawdę". "Ale co pan im powiedział?" i tu użyję języka literackiego, "Wy sprzedajne panie!"

Kładą go na korytarzu obok mantrującej babci, w końcu i on nie wytrzymuje. "Babcia, babcia głowę do poduszki i spać! Babcia, babcia ma coś zajarać?! Tak mi się jarać chce kurde lebele!"
W końcu szybciej niż później zasypia, a babcia znowu schodzi z łóżka i zaczyna mantrować.

W drzwiach wejściowych pojawia się kulejący gość razem z żoną i ich młodym synem, który traktuje szpitalny korytarz niczym bieżnię. Tylko on wie, gdzie jest start, a gdzie meta. Mama z tatusiem siedzą i cierpliwie czekają. Z minuty na minutę w kulejącym wzbierają negatywne emocje. Daje im upust w słowach powrzechnie uważanych za wulgarne. Ona jednocześnie uspokajając ich biegającego syna, uspokaja jego. W końcu on nie wytrzymując i wypala formułką, jakby miał ją wyuczoną od lat. I tu z nów użyję języka literackiego. "Jak mam się nie denerwować, skoro widzisz, że polska służba zdrowia leci ze mną w gumki, nie?!"

Na sam koniec wisienka na torcie. Faraon czekający na zabalsamowanie zaczyna przechadzać się korytarzem. Wolnym krokiem zbliża się do mnie. Widzę jego biały podkoszulek cały we krwi. Na klacie widnieje logo PZU. Nawet plecy ma pokrwawione. Wiem, że nie mogę śmiać, bo wszystko mnie boli, jednak nie mogę się powstrzymać. Magda zatyka moje usta ręką, a ja zwijam się w konwulsjach uświadamiając sobie po raz kolejny, jak miałkie i nijakie są reklamy w Polsce.
Po prześwietleniach, które wykazały, że jest ze mną wszystko w porządku wróciłem do domu. Tylko nie wiem, czy byłem w szpitalu, czy w domu wariatów.

Dziękuję ci Reksiu.

 

 

Felieton Saszy z 18.04.2014:

Uwaga! Nasze strony wykorzystują pliki cookies. Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach statystycznych i reklamowych. Mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W programie służącym do obsługi internetu (przeglądarce internetowej) można zmienić ustawienia dotyczące plików cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
Zgadzam się z polityką